SKANDALICZNY WYROK W PROCESIE PRZECIW CENZURZE

Komentarz Tomasza Strzyżewskiego, pierwszego przewodniczącego Klubu „Gazety Polskiej” w Sztokholmie, do wyroku Sądu Okręgowego w Gdańsku w procesie, który wytoczył prorektorowi UG. Popieramy Tomasza w obronie Jego dobrego imienia oraz w Jego walce przeciwko cenzurze w badaniach historycznych. W dniu 7 marca 2017 roku zapadł wyrok w trwającym ponad półtora roku procesie przed Sądem Okręgowym w Gdańsku. Proces ten wytoczyłem profesorowi Arnoldowi Kłonczyńskiemu z Uniwersytetu Gdańskiego w sierpniu 2015 roku.  Sąd Okręgowy w Gdańsku postanowił mój pozew oddalić. Apelację od tego wyroku już wniosłem. 

Bezpośrednio pozew ten dotyczył naruszenia moich dóbr osobistych ale był właściwie skierowany przeciw cenzurze w badaniach historycznych. Przez 40 lat publicznego zniesławiania mojej osoby nawet na myśl mi nie przyszło, abym autorom tego rodzaju publicznych pomówień miał wytaczać proces. Jakoś nawet się uodporniłem na wypełniający tę kampanię jad nienawiści. Tym razem jednak zdałem sobie sprawę, że ta, w ciągu tak długiego czasu nagromadzona suma fałszów uzyskałaby stempel naukowo potwierdzonych faktów.

Treść książki w zakresie mnie dotyczącym, skupia się na opublikowanych na jej łamach niczym nie popartych kłamstwach na temat moich zachowań oraz roli jaką odegrałem w zdemaskowaniu peerelowskiej cenzury w 1977 roku. Autor jej powołał się na informacje, które pochodzą z paszkwilanckiego artykułu Ludomira Gąssowskiego „Wielki powrót cenzora”  Nowa Gazeta Polska z dnia 26 września 2010 roku, nr 17 (242), s. 10 oraz „Wielki powrót cenzora”  Nowa Gazeta Polska z dnia 10 października 2010 roku, nr 18 (243), s. 7.  Z kolei zaś na te powtórzone przez autora tekstu (czyt. pozwanego) informacje powołuje się wydawca „Nowej Gazety Polskiej”, jako na dowód swej wiarygodności. Mamy tu więc do czynienia z klasycznym przykładem spirali  wzajemnie nakręcających się kłamstw. Do informacji zawartych w artykułach, pozwany będący historykiem z tytułem doktora podszedł zupełnie bezkrytycznie, nie dokonując analizy podsuwanych mu fałszywych informacji. Sukcesywnie więc podczas kolejnych rozpraw udostępniałem sądowi materiał dowodowy, który obalał kłamstwa i demaskował manipulacje cenzorskie zawarte przez Pozwanego w jego pracy habilitacyjnej.

Toteż nie ukrywam, że wyrok ten kompletnie mnie zaskoczył. Gdy się jednak wkrótce otrząsnąłem i gdy po dwumiesięcznej zwłoce zapoznałem się z jego uzasadnieniem, zrozumiałem, że mam przed sobą pełen logicznych sprzeczności i niekonsekwencji gniot prawny. A to właśnie dzięki tej pracy habilitacyjnej pozwany przeze mnie „profesor” został prorektorem Uniwersytetu Gdańskiego (sic!). Wyrok ten nie licuje z powagą sądu! Jest to wyrok kompromitujący.

Powrócę jednak do początku. Po złożeniu w sierpniu 2015 roku tego pozwu w Sądzie Okręgowym w Gdańsku rozesłałem „Komunikat dla mediów” wg następującego rozdzielnika:  Gazeta Polska (red. red. Maciej Marosz, Artur Dmochowski), TV Republika (red. red. Michał Rachoń, Piotr Gociek), Polonia Christiana (red. Krzysztof Gędłek), Radio WNET (red. Rafał Dudkiewicz), Nasz Dziennik (red. Małgorzata Rutkowska), RMF FM (red. Bogdan Zalewski), Dziennik Polski (red. Jacek Świder), wSIECI (red. red. Andrzej Potocki, Bogusław Rąpała), Do Rzeczy (red. Piotr Gociek)   Z treścią tego komunikatu można się zapoznać pod tym linkiem: http://www.pch24.pl/tomasz-strzyzewski-pozwie-prof–arnolda-klonczynskiego-o-znieslawienie,39443,i.html

Zdumiewający jest więc fakt, że nawet w tych wymienionych wyżej prawicowo-patriotycznych mediach (z chlubnym wyjątkiem Polonia Christiana) przez cały czas trwania tego procesu obowiązywał niepisany… „cenzorski zapis”. Nie dopuszczał on do informowania opinii społecznej zarówno o przebiegu tego procesu jak i o tym, że ma on w ogóle miejsce. A trudno przecież o bardziej podstawowe zagrożenie dla tzw. „wolności słowa” oraz dla służebnej misji mediów w ustroju demokratycznym niż właśnie zagrożenie ze strony…  CENZURY. Jak wiadomo misją tą w demokracji winno być (a nie jest) informowanie opinii społecznej a nie jej kształtowanie. Inaczej mówiąc misją tą jest SŁUŻBA polegająca na poszukiwaniu PRAWDY w celu udostępnienia jej społeczeństwu. Kiedy jednak media – zgodnie z tym, co jest naturą każdej władzy – władzę tę sprawują, zniewalają one odbiorcę emitowanego przez siebie przekazu zamiast wyzwalać go spod mocy kłamstwa. Okazało się, że nawet te „nasze media” wsparły cenzurę, której to – użytej przez Pozwanego w jego pracy habilitacyjnej – wytoczyłem proces. W odróżnieniu od mediów postkomunistycznych zrobiły to w sposób pasywny – przemilczając ten sądowy proces (ciekawostka: w terminologii GUKPPiW nazywało się to ingerencją całościową). Gazeta Wyborcza dla odmiany uczyniła to w sposób aktywny – powtarzając po prostu na swych łamach ocenzurowane przez prorektora UG informacje – tak na mój temat, jak i na temat peerelowskiej cenzury. Media III RP – solidarnie ponad podziałami – ułatwiły w ten sposób Sądowi Okręgowemu w Gdańsku wydanie wyroku, w którym to sąd ten – cytuję dosłownie – „daje wiarę” prorektorowi UG. Przyznaje tym samym rację pozwanemu historykowi, który w swej pracy habilitacyjnej fałszuje najnowszą historię Polski. Rodzi to więc uprawnione jak sądzę pytanie o szczerość deklarowanego uznania za mój czyn sprzed 42 lat i o to, czy deklaracje te nie były przejawem zwykłej „poprawności politycznej”.

A proces ten stworzył wyśmienitą i niepowtarzalną okazję do przybliżenia opinii publicznej jak działa mechanizm wpływania CENZURY na świadomość masowego odbiorcy, z którego to faktu „suweren” nie zdaje sobie sprawy. Zniewalający efekt cenzury wymyka się bowiem spod kontroli umysłu. Jeśli ten drugi, alternatywny sposób zniewalania, jakim jest postrzegalny zmysłowo przymus fizyczny, pozwala świadomej tego zniewolenia ofierze na stawianie jakiegoś oporu, to w przypadku zniewolenia poprzez wprowadzanie w błąd ofiara pozostaje bezbronna. Nie można przecież walczyć o wolność nie wiedząc, że się jest tej wolności pozbawionym. Można było zatem jak na dłoni pokazać masowemu odbiorcy medialnego przekazu tajniki manipulacji cenzorskiej i wytłumaczyć na czym polega jej mechanizm. Nie stało się tak, gdyż dla przytłaczającej większości postpeerelowskich dziennikarzy jestem bardzo, a to bardzo – „niewygodnym świadkiem historii”. Tak czy inaczej chodzi w tym kontekście o bardzo ważny interes społeczny, który uzasadniałby udział prokuratora w tej sądowej sprawie. Informacja o tym kuriozalnym wyroku została przekazana Prokuratorowi Generalnemu, Prokuratorowi Krajowemu oraz Zastępcy Prokuratora Generalnego – Dyrektorowi Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu.

Zwalczający mnie od 40 lat byli „tajni współpracownicy GUKPPiW” stawiają mi szyderczo-bałamutny zarzut, że… „byłem tam”, a więc że ja… „też byłem cenzorem”.  Tak, jakby nie wiedzieli, że nie mógłbym dokonać tego czego dokonałem, jeśli nie byłbym „tam” właśnie, gdzie „coś takiego” można było zrobić? Decyzję o zdemaskowaniu peerelowskiej cenzury, podjąłem 42 lata temu (sierpień 1975 roku). Wyboru tego dokonałem będąc w pełni świadom, że zatrzymanie się „tam” na pewien czas jest jedynym możliwym sposobem zapewnienia sobie dostępu do dokumentacji przechowywanej w szafach pancernych tego urzędu. I tylko dlatego po 2-tygodniowym okresie próbnym przedłużyłem umowę o pracę na czas nieokreślony. Był to świadomy wybór pomiędzy „decyzją Piłata” a decyzją przeciwstawienia się złu, jakim w moich oczach jawiła się cenzura.

Tomasz Strzyżewski

Poniżej wybrane fragmenty uzasadnienia z Apelacji wniesionej przez moją pełnomocnik mec. Monikę Brzozowską do sądu drugiej instancji. Chciałbym przypomnieć, że Pani mecenas Monika Brzozowska jest dyrektorem Biura Prawnego w Reducie Dobrego Imienia.

APELACJA

od wyroku Sądu Okręgowego w Gdańsku XV Wydział Cywilny z dnia 7 marca 2017 roku, sygnatura akt: XV C 742/15, oddalającego powództwo,  zasądzającego od powoda na rzecz pozwanego koszty procesu oraz zasądzającego od powoda na rzecz Skarbu Państwa koszty sądowe

Działając imieniem powoda – Tomasza Strzyżewskiego (zwanego w dalszej części: „Powodem”), na podstawie pełnomocnictwa znajdującego się w aktach sprawy, niniejszym na zasadzie art. 367 § 1 i 2 k.p.c. zaskarżam wyrok w całości.

Wyrok został doręczony wraz z uzasadnieniem na adres tutejszej kancelarii 9 maja 2017 roku. Zaskarżonemu wyrokowi, składającemu się z punktów I, II i III zarzucam  błąd w ustaleniach faktycznych, obrazę przepisów postępowania oraz przepisów prawa materialnego, mającą wpływ na treść orzeczenia, to jest:

  1. Błąd w ustaleniach faktycznych skutkujących uznaniem, że:
  2. O przyjęciu do pracy w delegaturze GUKPPiW W Krakowie zdecydował fakt, że protegował go jego brat Ryszard, podczas gdy z całości materiału dowodowego fakt taki nie wynika. Powód twierdził bowiem, że choć brat poinformował go o wolnym stanowisku, to nie było to przesądzające o przyjęciu Powoda do pracy;
  3. Powód w rozmowach z wydawnictwem Aneks domagał się m.in. uznania praw autorskich i nieokreślonej gratyfikacji finansowej podczas gdy z dokumentacji i wyjaśnień Powoda wynika, że nigdy nie żądał żadnej gratyfikacji, zaś jedynym świadkiem, który potwierdził informację o żądaniu gratyfikacji był E. Smolar, który – co wynika z dokumentacji – otrzymał całość materiałów za darmo, więc w tej części jego zeznania są wewnętrznie sprzeczne;
  4. Przypis 106 zawarty w książce Pozwanego nie ma charakteru biogramu, podczas gdy faktycznie jest to informacja o życiu, dokonaniach, zdarzeniach z życia Powoda czyli jest biogramem i taką pełni funkcję.
  5. Naruszenie przepisów prawa materialnego tj.
  6. art. 23 k.c. w zw. z art. 24 § 1 k.c.– poprzez jego błędną wykładnię i błędne przyjęcie, iż w niniejszej sprawie nie doszło do bezprawnego naruszenia dóbr osobistych Powoda przez działania Pozwanego, a w efekcie wystąpił brak przesłanek do wystosowania przeprosin wobec Powoda, a to wobec tego, że Pozwany korzystał z materiałów źródłowych, które mógł zinterpretować w sposób wskazany w przypisie 106
  7. art. 23 k.c. w zw. z art. 24 § 1 k.c. w zw. z art. 448 k.c.– poprzez jego błędną wykładnię, a w efekcie nieprawidłowe przyjęcie, iż w niniejszej sprawie nie doszło do bezprawnego naruszenia dóbr osobistych Powoda przez działania pozwanego, co przełożyło się na brak przesłanek do zasądzenia zadośćuczynienia na cel społeczny
  8. art. 10 ust. 2 Europejskiej konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności z dnia 4 listopada 1950 r. (Dz. U. z 1993 r., Nr 61, poz. 284 ze zm., dalej: „Konwencja”), poprzez jego niezastosowanie i uznanie, że brak było ograniczeń w tak negatywnym  przedstawianiu Powoda przez Pozwanego

III.  Naruszenia przepisów prawa procesowego tj.

  1. art. 480 § 1 k.p.c.– poprzez błędne uznanie, iż brak było w niniejszej sprawie przesłanek do ewentualnego opublikowania przeprosin na koszt pozwanego, podczas gdy wystąpiło naruszenie jego dóbr osobistych,
  2. art. 233 § 1 k.p.c. w zw. z art. 227 k.p.c. – poprzez błędną ocenę materiału dowodowego w postaci zeznań świadków, Powoda oraz dokumentów zawnioskowanych przez Powoda i Pozwanego w toku postępowania tj. w szczególności poprzez uznanie, że prawdziwe są twierdzenia Pozwanego, że
  3. Powód Tomasz Strzyżewski należał do osób czerpiących korzyści z systemu, a w związku z tym był „beneficjentem systemu”, opisywanym przez Pozwanego, podczas gdy z materiałów dowodowych (w tym z dokumentów IPN) wynika, że
  4. Powód był jedynie 3 (trzy) razy za granicą

iii.     Powód nigdy nie był w Finlandii

  1. Powód nie był na żadnej wycieczce na Cyprze
  2. Powód nie spędził kilkunastu miesięcy w Szwecji
  3. Powód przepisywał i wywiózł dokumenty z chęci zysku, podczas gdy z materiałów nie wynika by motywacją Powoda była chęć zysku – wręcz przeciwnie, Powód za wydanie polskie zrzekł się całego honorarium
  4. Powód przebywał z „wycieczką na Cyprze” podczas gdy Powód oraz zgromadzony materiał wskazuje, że Powód nigdy nie wyjeżdżał z wycieczką na Cypr
  5. art. 233 § 1 k.p.c. poprzez błędną ocenę materiału dowodowego i uznanie, że Powód jest przedstawiony czytelnikom w sposób pozytywny w głównej części książki Pozwanego, zaś przypis ma jedynie charakter dookreślający, podczas gdy to właśnie z przypisu czytelnik dowiaduje się szczegółowych informacji o Powodzie, który w przypisie przedstawiony jest w sposób negatywny i pejoratywny.
  6. art. 98 § 1 k.p.c.  w zw. z § 6 pkt. 5 oraz § 11 pkt. 2 rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 28 września 2002 roku w sprawie opłat za czynności adwokackie oraz ponoszenia przez Skarb Państwa kosztów nieopłaconej pomocy prawnej z urzędu oraz art. 102 kpc poprzez jego nieuwzględnienie i w efekcieniewłaściwe obciążenie kosztami postępowania Powoda w wysokości 5872,80 zł ( w tym 3960 zł tytułem zwrotu kosztów procesu)

Podnosząc powyższe zarzuty wnoszę o zmianę zaskarżonego wyroku poprzez:

  1. zobowiązanie pozwanego Arnolda Kłonczyńskiego do opublikowania tekstu przeprosin:
  2. a) w dwóch kolejnych wydaniach wersji papierowej „Nowa Gazeta Polska” – w pierwszym wydaniu na stronie tytułowej, natomiast w kolejnym na stronie trzeciej,
  3. b) na stronie ug.edu.pl– Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego, który jest wydawcą książki pozwanego, w dziale Aktualności – na głównej stronie – w osobnej ramce (rubryce), czarną czcionką na białym tle, czcionką Times New Roman, wielkość 14, z widocznym, wyboldowanym tytułem „Prof. Arnold Kłonczyński przeprasza”, w terminie 7 dni od daty uprawomocnienia się wyroku, o treści:

„Przepraszam Tomasza Strzyżewskiego za naruszenie jego dóbr osobistych (dobrego imienia) wskutek publikacji informacji o Tomaszu Strzyżewskim w mojej książce pt. „My w Szwecji nie porastamy mchem… Emigranci z Polski w Szwecji w latach 1945-1980”. Informuję, że w tekście znalazły się informacje nieprawdziwe lub nieścisłe, które doprowadziły do nieuzasadnionych twierdzeń. Nieprawdziwa jest informacja, że Tomasz Strzyżewski przebywał kilkanaście miesięcy w Szwecji w 1975 r. oraz, że wyjeżdżał do Finlandii. Nieścisła jest informacja, że przebywał na wycieczce na Cyprze w 1972 r. Nieuzasadnione jest stwierdzenie, że Tomasz Strzyżewski należał niewatpliwie do beneficjentów systemu i że wywożąc materiały chciał się urządzić na Zachodzie. Informuję również, że Tomasz Strzyżewski ma status pokrzywdzonego nadany przez Instytut Pamięci Narodowej w IPN oraz że za swój czyn odznaczony został 21 września 2006 roku przez ś.p. Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej prof. Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Prof. Arnold Kłonczyński”;

  1. Upoważnienie Powoda na podstawie art. 480 § 1 k.p.c. do opublikowania wyżej wymienionych przeprosin w gazecie „Nowa Gazeta Polska”, na koszt pozwanego – w przypadku braku publikacji w terminie przewidzianym, na warunkach określonych powyżej;
  2. Zapłatę przez pozwanego zadośćuczynienia w wysokości 10.000,00 zł (słownie: dziesięć tysięcy złotych) wraz z odsetkami ustawowymi od dnia doręczenia pozwu pozwanemu do dnia zapłaty, z tytułu naruszenia dóbr osobistych Powoda, na określony cel społeczny;
  3. Zasądzenie od pozwanego na rzecz strony powodowej całości kosztów postępowania sądowego, w tym kosztów zastępstwa procesowego według norm przepisanych;

 

Z daleko posuniętej ostrożności procesowej wnoszę również o nieobciążanie Powoda kosztami, z uwagi na zasady słuszności, o których mowa w art. 102 kpc .

 

Uzasadnienie

  1. Stan faktyczny

Dnia 24 sierpnia 2015 roku Powód Tomasz Strzyżewski wniósł za pośrednictwem pełnomocnika adwokat Moniki Brzozowskiej-Pasieki pozew do niniejszego Sądu o ochronę dóbr osobistych. W przedmiotowym powództwie, zmodyfikowanym w późniejszych pismach procesowych, zażądał od pozwanego Arnolda Kłonczyńskiego (zwanego w dalszej części: „Pozwanym”) opublikowania przeprosin o określonej treści, a w przypadku odmowy ich opublikowania do upoważnienia Powoda przez Sąd na podstawie art. 480 § 1 k.p.c. do publikacji ich na koszt Pozwanego. Oprócz tego, Powód zażądał zapłaty przez Pozwanego 10000 złotych zadośćuczynienia wraz z odsetkami ustawowymi na cele społeczne oraz zwrotu kosztów procesu.

W dniu 7 marca 2017 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku XV Wydział Cywilny, po rozpoznaniu w dniu 21 lutego 2017 roku w Gdańsku, oddalił powództwo, zasądził od Powoda na rzecz Pozwanego kwotę 3960 złotych tytułem zwrotu kosztów procesu, w tym kwotę 2760 złotych tytułem zwrotu kosztów zastępstwa procesowego. Ponadto, Sąd nakazał ściągnąć od Powoda na rzecz Skarbu Państwa – Sądu Okręgowego w Gdańsku kwotę 1912 złotych 80 groszy tytułem nieuiszczonych kosztów sądowych.

W uzasadnieniu wyroku Sąd wskazał, że powództwo nie zasługiwało na uwzględnienie, gdyż – mając na względzie „główny” tekst o Powodzie, zamieszczony w książce Pozwanego: „Obok coraz bliższej współpracy z KOR pojawiły się też więzi z ROPCiO i KPN. Z tą ostatnią organizacją bliskie związki miał Władysław Gauza z Norwegii oraz Tomasz Strzyżewski ze Szwecji, który zasłynął z wywiezienia z Polski kopii księgi zapisów i zaleceń Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Strzyżewski początkowo bardzo chciał się zbliżyć do KOR, ale ostatecznie rozpoczął współpracę z Organizacją Bojową Wolna Polska, wydającą miesięczniki „Po prostu” w Chicago i „Wolna Polska” w Nowym Jorku (…)”, nie wykazuje on w żaden sposób, aby intencją pozwanego była w jakikolwiek sposób obraza Powoda, lub by Pozwany był do Powoda negatywnie nastawiony. Zdaniem Sądu treść spornej książki absolutnie nie wskazuje na to, aby Pozwany nie doceniał czynów Powoda, polegających na wywiezieniu materiałów GUKPPiW poza granice kraju.

Sąd I instancji zaznaczył, że Pozwany wiedzę o Powodzie czerpał z dokumentów urzędowych IPN, którym Sąd – z uwagi na powagę instytucji, dał gwarancję wiarygodności przekazywanych treści. W ocenie Sądu, „nawet gdyby napisane [tam – przyp. MB] informacje były nieprawdziwe, wyłącza [to – przyp. MB] bezprawność działań pozwanego. Ponadto zaznaczono, że sam Powód przyznał podczas przesłuchania, że wnioskował o wydanie paszportu do Finlandii oraz nie zaprzeczał, by był na Cyprze. W efekcie Sąd uznał, że Powód nie wykazał, dlaczego powyżej wymienione okoliczności miałyby naruszać jego dobra osobiste, stąd – zdaniem Sądu – nie zostały one naruszone. […]

W związku z powyższym Sąd zważył, że roszczenia dochodzone przez Powoda są bezpodstawne i powództwo oddalił, zaś kosztami procesu obciążył Powoda.

Z powyższym stanowiskiem wyrażonym przez Sąd I instancji nie sposób się zgodzić.

 

  1. Stan prawny
  2. Wyjaśnienie pojęć użytych przez pozwanego

W pierwszej kolejności należy zauważyć, że sąd I instancji niedostatecznie rozważył znaczenie pojęć użytych przez Pozwanego, doboru słów oraz kontekstu użytych wyrażeń.

Jeśli naruszenie dóbr osobistych w postaci dobrego imienia lub godności osoby fizycznej (art. 23 k.c.) ma być wynikiem użycia w stosunku do tych osób określonych słów lub sformułowań, to podstawowym warunkiem stwierdzenia, że do takiego naruszenia doszło, jest wyczerpujące rozważenie znaczenia tych słów lub sformułowań, z uwzględnieniem możliwych ich konotacji i odniesień. W zależności od tego, o jakie słowa lub sformułowania chodzi, w grę wchodzi potrzeba uwzględnienia ich etymologii, kontekstu społecznego i historycznego ich powstania, utrwalonego ich rozumienia i odbioru społecznego, a także ewentualnych przemian w tym zakresie, wpływających na ich współczesny odbiór. Rozpatrując znaczenie słów i sformułowań i dokonując ich oceny trzeba brać ponadto pod uwagę kontekst sytuacyjny lub rodzaj wypowiedzi, w której zostały użyte, a także zastosowany środek komunikacji. Sąd co do zasady ustaleń i ocen w tym zakresie dokonuje na podstawie własnej kompetencji językowej.

W niniejszej sprawie sąd I instancji nie przeprowadził analizy i kontekstów znaczeniowych słów użytych przez pozwanego w szczególności zwrotów „cenzor”, „beneficjent systemu”, „korzystał z protekcji brata”, „chciał się urządzić na Zachodzie”, pobyt z „wycieczką na Cyprze”. Każde z tych sformułowań wymaga poszerzonej analizy w kontekście użycia ich w przypisie dotyczącym Powoda.

  1. Błędna ocena dowodów dokonana przez Sąd I instancji

Ocena wszystkich materiałów oraz dowodów przedłożonych Sądowi I instancji, została dokonana w całkowicie błędny sposób. Sąd zignorował lub pominął zdecydowaną większość dowodów, które świadczyły o tym, że działania Pozwanego miały charakter bezprawny oraz, że doszło do faktycznego naruszenia dóbr osobistych Powoda.

  1. Tekst główny i przypis (biogram)

Po pierwsze, nie można zgodzić się z Sądem, że sporne fragmenty tekstu, zawierające nieprawdziwe i nieścisłe informacje dotyczące Powoda, należy zestawiać z „głównymi” fragmentami dotyczącymi Tomasza Strzyżewskiego. Sąd dokonał takiego porównania, biorąc pod uwagę inny fragment tekstu z książki Pozwanego, który miał rzekomo stanowić myśl przewodnią odnośnie osoby Powoda oraz jego działalności. Należy jednak zaznaczyć, że przytoczony przez Sąd „główny” fragment zawiera pobieżne informacje, jedynie zarysowujące postać Powoda oraz ukazujące go w kontekście określonych organizacji oraz początkowo niesprecyzowanej działalności. Sam taki zarys osoby Powoda oraz ujęta w kilku słowach prowadzona przez niego działalność, nie mogą być brane jako „główny” fragment książki dotyczący Powoda.

Za zasadniczą część przybliżenia czytelnikom Pozwanego osoby Powoda, należy bezsprzecznie uznać rozwinięcie jego biografii w przypisach spornej książki. Nie można bowiem stwierdzić, że szczątkowa informacja o wywiezieniu z Polski przez Powoda kopii księgi zapisów i zaleceń GUKPPiW rzutuje na całokształt działalności Powoda, gdyż czytelnik został wprowadzony w błąd poprzez usunięcie z tej informacji pewnych wiadomości, które jednak rzutują na całokształt przedstawiania Powoda. W szczególności brak informacji, że

  1. Powód tę „kopię” Książki Zapisów i Zaleceń nie tylko „wywiózł” ale Książkę tę w całości ręcznie  przepisywał od października 1975 roku aż do ostatniego dnia pobytu w tym urzędzie
  2.    Powód  przez cały czas zatrudnienia równolegle z przepisywaniem Książki Zapisów i Zaleceń  opracowywał zbiór oryginalnych dokumentów, który zabrał ze sobą do Szwecji
  3. Intencją Powoda w zatrudnieniu w Urzędzie była chęć „działania pod przykrywką” i wypełnienia swojej misji tj. przepisywania księgi zapisów i zaleceń.

Należy podkreślić, że to właśnie przypisy zawarte w dziele Pozwanego dają kluczowe i niezbędne informacje do interpretacji osoby Tomasza Strzyżewskiego. A są to informacje definiujące działalność Powoda oraz pobudki z nią związane w jednoznacznie negatywnym świetle. […]

 

  • Pobudki Powoda dotyczące wywiezienia dokumentacji

Sąd błędnie zinterpretował materiał dowodowy oraz zeznania świadków i Powoda, oddalając powództwo również w zakresie tezy o „finansowych” pobudkach Powoda w zakresie wywiezienia materiałów. Po pierwsze – Powód nie znał nikogo w Szwecji i nie miał też żadnej pewności czy w ogóle otrzyma jakiekolwiek wynagrodzenie; po drugie Powód zrzekł się honorarium na rzecz Aneksu; po trzecie – w dokumentach w aktach sprawy znajduje się Pismo Naczelnika Wydziału Paszportów z dnia 09 stycznia 1989 r., z którego wynika, że biorąc udział w wielu wywiadach T. Strzyżewski „charakteryzował się antypolskością i wręcz nienawiścią do PRL i ustroju socjalistycznego”; po czwarte – akta sprawy zgromadzone w IPN potwierdzają śmierć dziadka Powoda – zabitego przez Rosjan, co miało być bezpośrednim asumptem do podjęcia działań anty-cenzorskich;

Sam Powód wskazywał zresztą na misję jaką miał spełnić, co wiązało się z koniecznością pracy i działalnością „pod przykrywką”. Efektem tej misji było pozostanie w Urzędzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Misją Powoda było doprowadzenie do zdemaskowania peerelowskiej cenzury. Przedłużenie na pewien czas zatrudnienia w tym urzędzie było zatem jedynym sposobem zapewnienia Powodowi dostępu do tajnej dokumentacji, która przechowywana była w szafach pancernych tej instytucji. Powód zaplanował, że zakończy pracę nad przepisywaniem najważniejszych fragmentów „Książki Zapisów i Zaleceń” oraz nad przygotowaniem reprezentatywnego dla przyszłych badań wyboru oryginalnych dokumentów w ciągu kilku miesięcy. W kolejnym więc, czyli w 1976 roku postanowił złożyć podanie o paszport, żeby po jego otrzymaniu wywieźć te materiały do Szwecji w celu ich opublikowania a tym samym udostępnienia opinii publicznej w Polsce i na świecie prawdy o zbrodniach komunistycznej cenzury w PRL.

Błędne jest wskazanie sądu, że „przepisywanie tych dokumentów zajęło powodowi około 3 – 4 miesięcy”.  Sąd pominął tu całkowicie dowody przedstawione w trakcie postępowania, że Powód musiał przepisywać „Książkę Zapisów i Zaleceń” aż do ostatniego dnia przed jego ucieczką do Szwecji i że Powód rozpoczął to przepisywanie natychmiast po powrocie z kursu w Warszawie w pierwszych dniach października 1975, kiedy to już samodzielnie (czyli jednoosobowo) mógł pełnić dyżury w Drukarni Narodowej przy ul. Wielopole w Krakowie. Paski szyfrogramów zawierające treść kolejnych zapisów i zaleceń napływały bez przerwy – od pierwszego do ostatniego dnia zatrudnienia Powoda w tym urzędzie – i były sukcesywnie wklejane na niezajęte jeszcze stronice tej Książki.

Sąd pominął również wyliczenia dokonane przez Powoda, zgodnie z którymi Powód przepisywał dokumenty od 1975 r. aż do ostatniego dnia zatrudnienia czyli do dnia 10 marca 1977 roku.

Sąd nie wziął także pod uwagę dowodów podnoszonych przez Powoda w toku postępowania, że w jego pracy postępowała stopniowa degradacja finansowa. Powód otrzymał na początku wynagrodzenie w kwocie 4500 zł, by zostać zdegradowanym do kwoty 4045 zł. Nie otrzymywał również żadnych awansów, co tym bardziej tłumaczy fakt, iż nie wykonywał on obowiązków służbowych gorliwie i że nie stała za nim żadna protegowana osoba, która ułatwiałaby mu ścieżkę kariery w komunistycznym aparacie.

Irracjonalne są również dywagacje Sądu I instancji, dotyczące rzekomego „załatwiania” paszportu przez brata Powoda. Jak wielokrotnie podkreślano w niniejszym postępowaniu, brat, korzystając jedynie z okazji załatwiania formalności paszportowych dla księży, wstawił się podczas spotkania służbowego z szefem biura paszportowego w sprawie udzielonej Powodowi w 1976 roku odmowy wydania paszportu.  Nie była to więc interwencja  osoby wpływowej lecz  rodzaj wstawiennictwa połączonego z prośbą. Wartym zaznaczenia jest, że właśnie taka prośba  została w 1976 roku odrzucona z wyjaśnieniem, że paszport może zostać Powodowi wydany dopiero po upływie 2 letniej kary.  Nie może być w takim przypadku żadnej mowy o jakiejkolwiek protekcji, czy rzekomej wpływowości osoby brata Powoda. Powód nie był beneficjentem systemu. (…no i co to za „beneficjent systemu”, którego za – zgodne z peerelowskim prawem – przedłużenie ważności paszportu w konsulacie generalnym PRL spotykają represje ze strony „systemu” – przyp. TS)

Nieuzasadniony jest również wniosek Sądu, że „korespondencja pomiędzy powodem a Eugeniuszem Smolarem (…) potwierdziła zeznania tego ostatniego, w charakterze świadka, opisując kulisy negocjacji powoda z wydawnictwem „Aneks”…”  Żadne negocjacje nie miały bowiem miejsca i przedmiotowa korespondencja niczego takiego nie potwierdza.  Co więcej – dalsze działania Powoda tj. przekazanie zarówno przepisanych przez Powoda jak i oryginalnych dokumentów do Aneksu celem ich wydania, bez żadnej zapłaty ze strony Aneksu, wzmacniają również wersję Powoda, że nie toczyły się żadne negocjacje w tej materii. Powód oddał E. Smolarowi te materiały za darmo; Powód nie zawarł z nim żadnej umowy wydawniczej; Powód cztery lata po wydaniu przez Eugeniusza Smolara tej książki, na jego żądanie pisemnie to potwierdził.

Sąd nie wyjaśnił szczegółowo na jakiej podstawie uznał, że „zeznania świadka Eugeniusza Smolara są wiarygodne”. Wbrew temu, co Sąd twierdzi udostępniona Sądowi korespondencja pomiędzy Powodem a Pozwanym wykazała tezę zupełnie odległą. Na wiarygodność E. Smolara wpływać może również fakt, że w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej znajdują się dwa dokumenty mogące potwierdzać, że świadek Eugeniusz Smolar był zarejestrowany przez komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa jako kontakt operacyjny KO „Korzec”.

Dowód:  skany powyższych dokumentów

Na marginesie rozważań dotyczących przypisu i treści powództwa wskazać należy, że Sąd podważa wiarygodność Powoda posiłkując się innym cytatem z artykułu dr Justyny Błażejowskiej, w którym to opisując pierwsze tygodnie po ucieczce Powoda do Szwecji pisze ona tak: „Osiągnąwszy szczęśliwie cel podróży, zatrzymał się w bursie studenckiej w Lundzie, gdzie wynajął pokój. Głodował, ale honor nie pozwalał mu na pobranie zasiłku”.  Sąd dostrzega w tej informacji podważającą wiarygodność Powoda sprzeczność z jego wypowiedzią, podczas przesłuchania go jako strony, która brzmiała: „przez ponad rok przebywałem na zasiłku socjalnym”.  O żadnej jednak sprzeczności mowy być tu nie może, gdyż Powód na zasiłku socjalnym owszem przebywał aczkolwiek nie od pierwszego dnia po znalezieniu się w Szwecji. Powód miał wtedy przy sobie około 30 dolarów, które uzbierał jeszcze przed ucieczką, zaś prawo do korzystania z pomocy socjalnej uzyskał dopiero po zgłoszeniu się na policję i po złożeniu tam podania o azyl polityczny. Nastąpiło to jednak dopiero po mniej więcej 3 tygodniach od chwili przybycia do Szwecji, kiedy to Powód wreszcie opanował strach przed odesłaniem do PRL. O takich bowiem przypadkach Powód słyszał. W końcu zdobył się on na odwagę i przyjęty został przez funkcjonariuszkę policji, która okazała się być Kubanką znającą polski język. Po przyjęciu podania o azyl zapytała czy Powód ma pieniądze. Powód odpowiedział zgodnie z prawdą, że pieniądze ma. Wtedy został poinformowany, że gdy pieniądze się skończą może zgłosić się do biura socjalnego. Po kilku dniach pieniądze się skończyły i wtedy przez 5 dni Powód musiał głodować. Było to bowiem w okresie świąt wielkanocnych, które bezpośrednio poprzedzały weekend.

Powód mówił zatem prawdę podczas udzielania wywiadu dr Justynie Błażejowskiej. Z pomocy socjalnej zaczął bowiem korzystać dopiero po tej głodówce. O tym epizodzie Powód poinformował Sąd w kwietniu 2016 roku na rozprawie poświęconej przesłuchaniu stron.

  1. Przeproszenie

[…]

Zlekceważenie przez Sąd I instancji interesu Powoda, przejawiającego się w konieczności ochrony swojego dobrego imienia, będzie miało swoje daleko idące konsekwencje. Użyte przez Pozwanego określenia, stawiające mojego Mocodawcę jako etatowego członka aparatu opresji i to aparatu wyjątkowo wysokiego szczebla, będą rzutować na dalszy wizerunek Tomasza Strzyżewskiego w społeczeństwie. Przeciętny czytelnik, czytając dzieło Pozwanego, dojdzie do wniosku, że bohaterskie czyny Tomasza Strzyżewskiego mają swoje drugie dno – chęć spieniężenia posiadanych tajnych informacji. Całkowitemu zniwelowaniu w opinii publicznej ulegną utrwalona i jedyna potwierdzona wersja, zgodnie z którą Powód poświęcił całe swoje dotychczasowe życie, by móc pokazać całemu światu prawdę o opresji reżimu komunistycznego. Na taki właśnie społeczny odbiór zwrócił uwagę Sąd Apelacyjny w Białymstoku, który stwierdził, że przy ocenie naruszenia dóbr osobistych, a zwłaszcza czci, należy uwzględniać nie tylko znaczenie użytych słów, ale również cały kontekst sytuacyjny oraz jego społeczny odbiór, oceniany według kryteriów obiektywnych, to jest właściwych dla ludzi rozsądnych i uczciwych[1].

Na zakończenie – konspekt mojej mowy końcowej.

Korzystałem z niego podczas ostatniej rozprawy w grudniu ub. roku, w trakcie której pani sędzia zapytała Pozwanego, czy istnieje związek pomiędzy tą jego książką (pracą habilitacyjną) a jego awansem na stanowisko prorektora Uniwersytetu Gdańskiego, na co padła odpowiedź twierdząca.

 

MOWA KOŃCOWA 

Wysoki Sądzie,

Trudno chyba o coś bardziej obraźliwego niż publiczne pomawianie o czynienie zła kogoś, kto temu właśnie złu skutecznie się przeciwstawił i kto zrobił to w głębokim kontraście do tego, co w tym samym czasie czynili informatorzy Pozwanego.

Jeśli ktoś z nienawiści do cenzury zadaje jej cios, wtedy utożsamianie go z obiektem tej nienawiści jest nie tylko logicznym nonsensem ale też czymś wyjątkowo obraźliwym.

Wysoki Sądzie,

Ktoś kto mnie nie zna i przeczyta ten przypis (w książce Pozwanego), myśli: Tomasz Strzyżewski… a no tak:

– beneficjent systemu,

– korzystający z protekcji brata,

– wyjeżdżający na wakacje na Cypr, do Szwecji czy Finlandii,

– pragnie się urządzić na Zachodzie i przewozi na Zachód dokumenty

– a wreszcie ZŁOCZYŃCA – no bo przecież pracował jako CENZOR.

W dodatku emigracja polska podejrzewa, że jest agentem, na pewno coś jest na rzeczy, bo przecież pisze to historyk i to nie byle jaki, bo: profesor historii. Więc ludzie w ten przypis wierzą!

A z czym w istocie mamy tu do czynienia:

  1. Pozwany nigdy się ze mną nie kontaktował, nigdy nie prostował żadnych informacji: potrafił kontaktować się z moimi adwersarzami, a właściwie z prześladowcami. Dla mnie nie znalazł czasu, mimo że od 40 lat mieszkam w tym samym miejscu co oni – w Sztokholmie!
  2. Pozwany założył tezę i dobierał informację pod tezę, że„Strzyżewski to postać szemrana (beneficjent PRL-owski, cwaniaczek, który pragnie urządzić się na Zachodzie, a jak mu nie wyszło to buduje legendę)”.

Oznacza to ni mniej ni więcej, że Pozwany zastosował CENZURĘ, która z definicji jest właśnie selekcją informacji w celu wprowadzenia w błąd jej odbiorcyZ takiej bowiem ocenzurowanej informacji odbiorca wyciągnąć musi odmienny lub nawet przeciwny wniosek od wniosku, jaki wyciągnąłby z informacji pełnej czyli składającej się z wszystkich współtworzących ją informacji cząstkowych.

Ten mechanizm cenzorskiego wprowadzania w błąd ilustruje najlepiej przykład chirurga ratującego życie zranionej przez nożownika ofiary. Jego też może cenzor nazwać nożownikiem, po uprzednim usunięciu z pełnego opisu zdarzenia takich informacji cząstkowych jak:  – że jest on chirurgiem, – że nóż w jego ręku jest skalpelem, – że noża tego używa w celu ratowania życia ofiary prawdziwego nożownika.

Wysoki Sądzie. Ja nie robiłem tego dla zysków. Przeciwnie – ja zapłaciłem najwyższą cenę za opracowanie i wywiezienie tych materiałów. Nieprawdą jest, jak to pisze w swoim piśmie procesowym pełnomocnik Pozwanego, że to „ROZCZAROWANIE brakiem sukcesu finansowego” było powodem wskazania przeze mnie na fakt, że świadek Eugeniusz Smolar wzbogacił się na książkowym opublikowaniu plonu mojej antycenzorskiej pracy. To nie „ROZCZAROWANIE” jednak było powodem tej mojej reakcji. Jej prawdziwym powodem było „OBURZENIE”.

Publicznie oskarżył mnie E. Smolar, że za publikację tych dokumentów żądałem pieniędzy. A przecież  przeczą temu fakty, takie choćby jak:

– że oddałem E. Smolarowi te materiały za darmo;

– że nie zawarłem z nim żadnej umowy wydawniczej;

i do tego jeszcze

– cztery lata po wydaniu przez niego tej książki i na jego żądanie pisemnie to potwierdziłem.

To moje oburzenie byłoby z pewnością mniejsze, gdyby E. Smolar opublikował te dokumenty tak samo bezinteresownie, jak ja to zrobiłem. A to on tymczasem a nie ja pobierał za każdy z 11-12 tysięcy egzemplarzy tej książki 110 szwedzkich koron, co daje w sumie grubo ponad milion szwedzkich koron.  Przy dzisiejszej sile nabywczej stanowi to równowartość ponad 10 milionów szwedzkich koron lub 6-7 milionów złotych.

Ja nie tylko, że nie zarobiłem na tym pieniędzy ale przeciwnie: ja, za to co dla Polski zrobiłem zapłaciłem najwyższą cenę. Nie mówię tu nawet o moich warunkach materialnych w Szwecji. Ja tu nie miałem nikogo, nie znałem szwedzkiego, żyłem w podłych warunkach. Mówię tu jednak o rodzinie – mój brat został osądzony w sfingowanym procesie – do dziś ze mną nie rozmawia, moich rodziców nie widziałem przez ponad 6 lat, gdyż nie dostali paszportów, nasze kontakty (telefoniczne i listowne) były sporadyczne i kontrolowane, musiałem zostawić tu maleńkie dzieci i żonę (córeczki w ogóle nie widziałem przed ucieczką, bo żona była w ciąży). Ryzykowałem długoletnie więzienie w przypadku złapania a może nawet coś gorszego.

W Szwecji rozpętało się piekło – emigracja pomarcowa robiła ze mnie oszołoma żądnego pieniędzy. Poddany zostałem trwającej po dziś dzień nieustającej kampanii, którą można nazwać „przemysłem pogardy”.

Przy czym nieprawdą jest, że A. Koraszewski – jak twierdzi Pozwany – „podejrzewał”, że byłem przysłanym przez SB agentem. W rzeczywistości rozgłaszał on w swych listach inincjujących tę blisko czterdzieści lat trwającą kampanię oszczerstw, że – tu cytuję: „Strzyżewski jest agentem bezpieki” (podkr.moje – TS).

W efekcie zostałem pozbawiony życia rodzinnego a moje dzieci – w szczególności mój jedyny syn Tomasz – bardzo cierpiały z powodu utraty stałego normalnego kontatku z ojcem i poczucia stabilności oraz bezpieczeństwa, które zapewnia ciepło ogniska rodzinno-domowego.  Przez  prawie 30 lat byłem samotny, naznaczony ogromną tragedią osobistą. Mój syn Tomasz, z powodu nieszczęśliwego dzieciństwa i wywołanej tym chronicznej depresji w 2006 roku odebrał sobie życie.

Gdybym został tu w Polsce – miałbym pracę, po jakimś czasie bym pewnie awansował, dostał mieszkanie służbowe, większe pieniądze itp. Zrezygnowałem z tego wszystkiego dla wyższych celów – dla uświadomienia ludziom w PRL, że są oszukiwani, okłamywani, odzierani z godności, że CENZURA  ich ZNIEWALA.

Stwierdzenie więc, że robiłem to dla „urządzenia” się na Zachodzie bardzo mnie boli. Tak po ludzku jest nieuczciwe.

  1. Pozwany traktuje fakty wybiórczo: to jest proces o cenzurę, ale o cenzurę I UCZCIWOŚĆw badaniach naukowych. Ta nieuczciwość w opisywaniu mnie jest właśnie cenzurą – wybieramy takie fakty, które mają potwierdzać tezę, dobieramy informacje i przedstawiamy je w zniuansowany sposób. Lub też pomijamy fakty niekorzystne dla tezy (np., że mam status pokrzywdzonego przez IPN lub że podstawową część wykonywanej przeze mnie pracy w tym urzędzie stanowiły czynności o charakterze antycenzorskim)

Wysoki Sądzie! 

W rozpowszechnianej od blisko 40 lat fałszywej wersji wydarzeń insynuuje się, że do pracy w krakowskiej delegaturze GUKPPiW trafiłem w skutek dokonanego przeze mnie świadomego wyboru. Przechodzi się więc do porządku dziennego nad behawioralnym absurdem wynikającym z faktu, że ja przecież nie po jakimś okresie czynienia zła lecz praktycznie biorąc niezwłocznie po trafieniu do tej krakowskiej delegatury GUKPPiW podjąłem decyzję o podjęciu pracy wymierzonej przeciwko tej instytucji czyli przeciwko reżimowi komunistycznemu. Nie było żadnego takiego okresu porzedzającego. Podczas bowiem 14-dniowego okresu próbnego nie miało się nawet uprawnień do wykonywania cenzorskich czynności służbowych. Okres ten służył zaznajomianiu się przez kandydata do pracy z instrukcjami i z czynnościami służbowymi. Gdybym więc poszedł tam z rzeczywiście świadomego wyboru, to jakiż miałoby sens podjęcie przeze mnie antycenzorskiej decyzji i przystąpienie do realizacji tego mojego demaskatorskiego planu? A było to w czasach, kiedy w PRL nie było jeszcze ugrupowań opozycyjnych. Jak wiadomo KOR powstał dopiero w 1976 roku, czyli po tzw. wydarzeniach radomskich zwanych też „czerwcowymi”.

Ja nie prosiłem brata o załatwienie mi pracy cenzora. Nie mogłem o coś takiego prosić, ponieważ nawet nie wiedziałem, że w PRL taka praca istnieje.  Zapytałem go po prostu o to, czy nie wie o jakiejś wolnej pracy biurowej, ponieważ od dwóch miesięcy pozostaję bez pracy, nie mogąc jej otrzymać z powodu trwającej w urzędach zatrudnienia tzw. blokady etatów.  Ku mojej radości otrzymałem odpowiedź, że wie o wakującym miejscu w jakimś urzędzie, którego nazwa w żaden sposób nie nawiązywała do cenzury. Obiecał, że się dowie, czy mógłbym się tam zgłosić na rozmowę wstępną i złożyć podanie o pracę. Nie mógł to więc być świadomy wybór, ponieważ nie wiedziałem, że chodzi o urząd zajmujący się cenzurą. Brat użył przecież oficjalnie obowiązującej nazwy tej instytucji, co jak się później przekonałem było w PRL powszechnie obowiązującą praktyką. Nie miałem też w tym momencie żadnej alternatywy w podjęciu jakiejś innej pracy. Nie tylko więc, że nie był to wybór świadomy, ale nie był to w ogóle żaden wybór, skoro po dwóch miesiącach bezrobocia pojawiła się wreszcie jedyna szansa podjęcia pracy zarobkowej.  Świadomego wyboru dokonałem natomiast tuż przed upływem 14-dniowego okresu próbnego, kiedy już posiadłem wiedzę o prawdziwym charakterze działalności tego urzędu, w którym w tak niezamierzony sposób się znalazłem.  I wtedy właśnie podjąłem decyzję, aby zamiast wzorem Piłata „umyć ręce” a więc zrezygnować z zatrudnienia w tej instytucjonalnej nadbudówce peerelowskiego systemu cenzury (takie przypadki miały miejsce), przedłużyć na okres paru miesięcy pobyt w nim tylko i wyłącznie po to, aby cenzorską działalność Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk… ZDEMASKOWAĆ (!)

Ta narracja była i nadal jest rozpowszechniana przez postkomunistyczne – a więc odpowiedzialne za zdemaskowaną przeze mnie cenzurę – środowiska po to, aby przedstawiać mnie jako człowieka, który „poszedł” do tej pracy ze „świadomego wyboru”. Zgodnie z tą ich narracją „musiałem” już wcześniej wiedzieć:

1/ o istnieniu w PRL zawodu cenzora,

2/ o istnieniu takiej instytucji jak urząd cenzorski

3/ ponieważ podobał mi się ten zawód zacząłem szukać pracy jako cenzor i

4/ dlatego znalazłszy miejsce takiej pracy… zatrudniłem się w „CENZURZE” (sic!).

No, ale przecież gdyby było to prawdą, że moje marzenie życiowe się wreszcie spełniło, to po cóż miałbym podejmować się tej – niebezpiecznej bądź co bądź – antycenzorskiej misji?  Jakiż sens miałaby ta inkryminowana mi behawioralna „niekonsekwencja”? Gdybym faktycznie zatrudnił się w tym cenzorskim urzędzie ze świadomego wyboru, to z oddaniem pracowałbym w nim jako cenzor, myśląc wyłącznie o tym, aby w tym zawodzie zrobić karierę i korzystać z dostępnych tam przywilejów.

Fakt, iż zwykli członkowie społeczeństwa (spoza elit władzy), a ja się do takch zaliczałem, nie wiedzieli o istnieniu urzędu cenzorskiego, który krył się w dodatku pod nazwą GUKPPiW, potwierdza prof. Andrzej Friszke w swym wywiadzie dla PAP. Udzielił go on w 25-tą rocznicę likwidacji tego urzędu

http://nowahistoria.interia.pl/prl/news-prof-friszke-cenzura-w-prl

bylawszechogarniajaca,nId,1711563

Cytuję drugi akapit z jego pierwszej odpowiedzi:

„To był urząd trochę tajemniczy i mało znany. W gruncie rzeczy o istnieniu cenzury i tym gdzie się mieści wiedzieli głównie piszący. Natomiast wiedza powszechna na temat istnienia takiego urzędu nie była ogólnie dostępna, przeciętny obywatel nawet nie dokońca zdawał sobie sprawę, że to, co czyta przeszło przez cenzurę. Natomiast dla ludzi piszących, którzy pracowali w redakcjach, istnienie cenzury było rzeczą oczywistą. Każdy materiał musiał przez nią przejść. To było niezmienne.”  

Pozwany posługuje się cenzurą w celu zdyskredytowania mojej osoby w oczach opinii publicznej. Tym samym obraża mnie w dwójnasób, ponieważ –

Po pierwsze: te ocenzurowane informacje przedstawiają moją decyzję o zdemaskowaniu peerelowskiej cenzury, jako zainspirowaną najniższymi pobudkami, takimi jak:

– żądza wzbogacenia się (wg informatorów pozwanego: „oczekiwał 20 tysięcy… 100 tysięcy… setek tysięcy” a wreszcie „miliona dolarów”),

– żądza sławy („próbuje uchodzić za eksperta od cenzury i pracuje nad własną legendą”), do tego jeszcze „pracował jako cenzor” a wcześniej „był beneficjentem systemu”.

Po drugie: fakt posłużenia się w tym celu CENZURĄ przez pozwanego jest jawnym naigrywaniem się z mojej antycenzorskiej postawy oraz publicznym wyszydzaniem tej trudnej i niebezpiecznej pracy, jaką włożyłem w przygotowanie do druku zawartości „Czarnej Księgi Cenzury PRL” podczas 18-to miesięcznego zatrudnienia w krakowskiej delegaturze GUKPPiW.

  1. Strzyżewski = oszołom.Pozwany w istocie dąży do przedstawienia mnie jako osoby niewiarygodnej tudzież jako żądnego sławy „oszołoma”, aby pozbawić mnie prawa do obrony przed fałszowaniem mojego świadectwa, z czym mamy dziś do czynienia w sferze publicznej. Jest to inaczej mówiąc próba założenia mi wirtualnego „knebla”. Zafałszowana czyli ocenzurowana wersja tego mojego świadectwa jest od czterech już dekad popularyzowana w przestrzeni publicznej pod postacią czegoś w rodzaju „bajeczki dla grzecznych dzieci o cenzurze PRL”. Jako osoba niewiarygodna nie mogłbym już więcej – po wsparciu jej przez „autorytet naukowy” pozwanego – prostować w przestrzeni publicznej zawartych w niej kłamstw.

[1] Wyrok Sądu Apelacyjnego w Białymstoku z dnia 6 listopada 2015 roku, I ACa 562/15, LEX nr 1927514, OSA 2016/7/41-63

 

Comments are closed.

Wielka Ksi?ga Cenzury 1977
Polskie manuskrypty za granic?