Myśli przednie redaktorów NGP

ANTYNOMIE POJĘCIOWE, czyli myśli przednie redaktorów NGP

MOCHNACKI_Krytyka_0001Polemika z atakami oszczerców staje się niemożliwa, gdy brak jest w nich merytorycznego sensu. Jeśli ktoś twierdzi, że kompilacja od blisko 40 lat rzucanych pomówień i insynuacji – podpartych szyderstwami, epitetami i wyzwiskami – jest… „krytyką” (?) to trudno wątpić w to, że mamy do czynienia z wyjątkowo bezczelnym prostactwem. Już prof. Marek Czachor zwrócił uwagę, że ta forma „polemik” to po prostu znany dziś w świecie internetowym tzw. „trolling”. Artur Schopenhauer w swym dziełku „Erystyka” – czyli sztuka prowadzenia sporów – sformułował 38 sposobów prowadzenia dyskusji, celem których nie jest dojście do prawdy, lecz tylko pokonanie przeciwnika. Sposób 38 – ostatni, ad personam, opisał tak:

„Jeżeli się spostrzega, że przeciwnik jest silniejszy i że w końcu nie będzie się miało racji, to atakuje się go w sposób osobisty, obraźliwy, grubiański. Polega to na tym, że (mając i tak już sprawę przegraną) porzuca się przedmiot sporu i zamiast tego atakuje się osobę przeciwnika w jakikolwiek bądź sposób; można by to nazwać argumentum ad personam, w odróżnieniu od argumentum ad hominem; przy tym ostatnim odchodzi się od przedmiotu sporu pojmowanego czysto obiektywnie i atakuje się to, co przeciwnik o tym powiedział lub przyznał. Natomiast przy ataku osobistym odchodzi się całkowicie od przedmiotu i natarcie kieruje się na osobę przeciwnika; postępuje się więc w sposób krzywdzący, złośliwy, obraźliwy, grubiański. Jest to odwołanie się od sił duchowych do sił cielesnych lub zwierzęcych.”

I tyle filozof gdański mieszkający przed laty w dworku znajdującym się mniej więcej w połowie drogi miedzy posiadłością Lecha Wałęsy a siedzibą archiwum gdańskiego IPN (Marek Czachor).

Wieloletnie ataki wydawanej w Sztokholmie postkomunistycznej gazetki to nic innego jak maniakalne próby uśmierzania mąk… tak, tak – mąk Tantala (LGG dobrze za Wikipedią powtórzył), na które jeszcze w czasach PRL skazali się jej wydawca i część autorów. Od mąk tych nigdy się już nie uwolnią, choć nieustannie wierzą w to, że winę za swą wierną służbę  komunistycznej cenzurze uda im się przerzucić na tego, kto w odróżnieniu od nich wymierzył tejże cenzurze bezprzykładny cios.  Daremne ich wysiłki. Większość ludzi potrafi przecież myśleć logicznie. Zaś do wyjaśniania spraw wywołanych takimi napaściami są w cywilizowanych krajach…  SALE SĄDOWE.

Gąsowski i odpowiedzialny redaktor NGP stoją na straconych pozycjach. Pozostaje im jedynie „rżnąć głupa” choć trudno wykluczyć, że pojęć, którymi się posługują, naprawdę nie rozumieją.  Jeśli tak, to byliby na bakier z elementarną logiką. No, bo – czyż komunistyczny pracodawca zatrudniałby w swej „fabryce kłamstwa” (w mediach PRL) antykomunistów? Gąsowski uważa, że tak właśnie było, gdy wynajmował się do pracy w komunistycznych mediach. No i rozgłasza, że on tam się wcale sam nie cenzurował, lecz że napisane przez niego „antyreżimowe” – t.zn.  ukazujące prawdziwą twarz komunizmu – teksty cenzurowali „radcy” z GUKPPiW. On je tylko po tym ocenzurowaniu grzecznie podpisywał i oddawał do publikacji. Nie dajcie się Państwo zwariować! Toż to całkiem tak, jakby członkowie mafii twierdzili przed sądem, że wstępowali do mafii z zamiarem prowadzenia uczciwej działalności biznesmeńskiej, jednakże pracodawca, ten podły Al Capone zmuszał ich do popełniania rozbojów i mordów. Gąsowski traktuje czytelników jak idiotów. Pewnie, gdyby ci panowie pracowali w fabryce produkującej czołgi też twierdziliby, że wcale nie chcieli produkować tej śmiercionośnej broni lecz że zmuszani byli do tego przez projektanów i referentów  z działu kontroli jakości. Podobnie myśli – lub udaje że tak myśli – przytłaczająca większość dziennikarzy wynajmujących się w przeszłości do pracy w peerelowskiej „fabryce cenzorskiego kłamstwa”. Podaję link do krótkiej rozmowy z Janiną Jankowską, którą w końcowej części komentarzy pod jej krytycznym wpisem na temat książki „Resortowe dzieci – Media” udało mi się przeprowadzić:   http://janinajankowska.salon24.pl/556305,jak-rozmawiac

Tworzenie MatrixaCENZURA  telewizyjna=Prawda Selektywna_

Ta kuriosalna paralogika pozwala im więc głosić, że Urząd cenzorski to cenzura. A stąd niedaleko przecież do ich sztandarowego zawołania. Pamiętam, jak rozśmieszała mnie w dzieciństwie babcia Eugenia oznajmiając, że wychodzi do „województwa” aby załatwić jakiś papierek w Wojewódzkiej Radzie Narodowej. Ich (Gąsowskiego i Nowakowskiego) wyobrażenia na temat tego, czym jest cenzura – też mają charakter intuicyjny. Opierają się nie na definicji zjawiska lecz wyłącznie na zbiorze dość luźnych skojarzeń wizualnych. Z ludźmi, których postrzeganie oraz ocena zdarzeń dokonuje się w oparciu o proces myślenia zwanego myśleniem obrazowym, trudno jest podejmować sensowną dyskusję.  Na takiej nieścisłości pojęciowej wyrósł ów od blisko 40 lat głoszony absurd semantyczny:  Antycenzor… to Cenzor. Ci byli komunistyczni dziennikarze posługują się zasadą Goebbelsa, wedle której:  kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Powtarzają więc to jak mantrę a trawiony tantalską męką Gąsowski bezustannie wmawia czytelnikom NGP, że zdemaskowanie cenzury komunistycznej (i służąca temu praca) było działaniem cenzorskim a nie antycenzorskim.

Wspomniany brak logiki przejawia się w innym jeszcze aspekcie. Gąsowski w swych paszkwilanckich tekstach nie potrafi bowiem posługiwać się ani polską gramatyką, ani poprawną polską pisownią. Oto kwiatki z jego ostatniego zniesławiającego mnie tekstu:  „sabotażował” (co to za dziwoląg?), „po za” zamiast „poza”. Podobnych przykładów jest bez liku. Wspomnę jeszcze tylko:  „nie zgodność”, „znał tą mowę”, „było by dobrze” (z innego paszkwilu pt. „To już było”).

Zdradza tym samym brak znajomości albo też nie rozumie logiki, która w polskim systemie deklinacyjnym określa końcówki m.in. zaimków. W rezultacie nagminnie powtarzają się w jego tekstach takie formy jak: „tą” zamiast „tę”  itd. Nie przeszkadza mu to jednak w dzwonieniu do „szkła kontaktowego” (TVN 24), gdzie przedstawia się Grzegorzowi Miecugowowi jako „Ludomir ze Sztokholmu”, wyjaśniając: „jestem dziennikarzem szwedzkim i mi redakcja płaci za te rozmowy”. Wdaje się przy okazji w krótkie pogaduszki z prowadzącymi program „kolegami po fachu”, czyli dziennikarskimi sprzedawczykami, którzy tak jak w czasach PRL wiernie służyli komunistycznej cenzurze, tak dziś służbę tę kontynuują na rzecz tego samego w istocie pracodawcy. I podobnie jak Gąsowski fałszują m.in. najnowszą historię polski. Bezbronnym wobec ich manipulacji telewidzom wciskają do głów ocenzurowany obraz rzeczywistości.  Chodzi oczywiście o te same „resortowe dzieci” i „sługusów peerelowskiej cenzury”, którzy w Trzeciej RP obsługują postkomunistyczne media. Media te powołane zostały do życia przez ludzi Kiszczaka oraz ich tajnych współpracowników. To przecież Zygmunt Solorz-Żak (TW „Zegarek”) był twórcą i wciąż jest (współ)właścicielem spółek ITI czy STER, które finansują działalność Polsatu, TVN i Superstacji. TW „Zegarek” musiał mieć niezły ubaw nadając jednej z tych spółek nazwę „STER”.

Ludomir Gąsowski – przy aktywnym wsparciu odpowiedzialnego redaktora NGP – też fałszuje historię, skupiając się, co naturalne, na fałszowaniu histori polskiej emigracji w Szwecji. Nie powstrzymuje go nawet śmierć zasłużonych działaczy emigracyjnych. Podczas obchodów w OPONie rocznicy śmierci Romana Koby zabrał np. głos, aby obwieścić zebranym, że Roman Koba był umiarkowanym niepodległościowcem”. Zmusił w ten sposób zmarłego niedawno prezesa Kongresu Polaków w Szwecji do interwencji. Przy aplauzie zgromadzonych podkreślił Michał Bieniasz, że Roman Koba był przez całe swe życie zdecydowanym niepodległościowcem”.  Podobnie w swych żałobnych komentarzach na łamach NGP starał się niedawno deprecjonować zdecydowanie niepodległościową postawę Michała Bieniasza, cynicznie ignorując fakt, że zmarli nie mogą się już bronić.

Nie wdając się zatem w dziecięcą przekomarzankę a tym bardziej w udowadnianie, że nie jestem wielbłądem, podam tylko źródła, z których czerpałem informując o pracy wielkich  luminarzy polskiej kultury w Wydziale Cenzury Królestwa Polskiego.  Zwracam przy tym uwagę na próbę zmanipulowania mojej krótkiej uwagi na ten temat tak, by wydała się ona próbą postawienia się na równi z nimi, jako „kolegami”.  Taki zamysł nie miałby w sposób oczywisty sensu z uwagi na tę choćby istotną różnicę, że ci wielcy twórcy naszej kultury pracowali przed dwustu laty dla Cenzury a ja 200 lat później podczas 18. miesięcznego pobytu w analogicznym urzędzie (kontrolującym zgodnie z jego nazwą wewnętrzną cenzurę w mediach PRL) pracowałem przeciwko Cenzurze.  Nie dlatego więc przypomniałem o tym mało zanym fakcie historycznym. Zrobiłem to w celu zwrócenia uwagi na to, co odróżnia etos powołania artystycznego od etosu powołania dziennikarskiego.

Pamietniki Woznego Cenzury0001

Pamietniki Woznego Cenzury0002

Misją artysty nigdy nie było bowiem poszukiwanie prawdy czy też jej głoszenie – lecz zawsze było nią i jest DOSKONALENIE FORM  WYRAZU,  a więc bezustanne ulepszanie środków artystycznych, które – jak wiadomo – wyrażać mogą najrozmaitsze treści, niezależnie od ich zgodności z prawdą. Inaczej mówiąc, powołaniem twórców kultury jest służba PIĘKNU. PRAWDZIE winni natomiast służyć ludzie mediów. Służba pięknu nie ma zasadniczo nic wspólnego z walką o PRAWDĘ. Prawie nigdy też nie zdarza się, by szła ona w parze ze służbą tej ostatniej, nie mówiąc już o służbie DOBRU. Wzajemne przyporządkowanie treści oraz formy jest zatem w przypadku obu tych powołań odwrócone. Misją mediów, a więc także misją ludzi poprzez media działających, jest INFORMOWANIE opinii społecznej, a nie – jak to jest niestety dziś – jej KSZTAŁTOWANIE. Kształtowanie zamiast informowania to akt uzurpatorskiego zagarnięcia władzy, której nieodzownym sposobem sprawowania jest zabijające prawdę manipulowanie informacją.

Mecenasem artystów zawsze była jakaś władza, głównie władza polityczna. To dzięki jej protekcji mogli artyści tworzyć swe dzieła, w całości koncentrując uwagę na rozwijaniu wrodzonych talentów i uzdolnień. Poświęcali się więc w całości doskonaleniu form, czyli środków wyrazu, bez potrzeby angażowania w konflikty „zewnętrznego świata”. Dzięki naturalnemu powołaniu mieli do tego pełne prawo, ale też nie był to wcale ich obowiązek. Dlatego porównanie Mochnackiego z Mistrzem Adamem wypada dla  pana Maurycego tak korzystnie. Negatywną ocenę moralną wywołać może jedynie aktywne opowiedzenie się artysty po niewłaściwej stronie w jakimś konflikcie społecznym, czy też akcie krzywdy wyrządzanej przez władzę ciemiężonemu ludowi. Trudny i złożony to problem. Niełatwo przecież jest w każdym przypadku wytyczać granicę pomiędzy świadomym opowiedzeniem się artysty po stronie zła a zachowaniem niezaangażowanej czy neutralnej postawy. Ofiarą tej „nieokreśloności” padł niejeden wielki twórca. Dobrym przykładem jest tu Leni Riefenstahl, której „Triumf Woli” był bezsprzecznym świadectwem wielkości jej kunsztu i talentu reżyserskiego. Dla niej jednak,  jako artysty, małą lub nieistotną rolę odgrywała okoliczność, komu  czy też jakim celom politycznym służyć miała owa „triumfująca wola”. W podobnej sytuacji tkwili zawsze obok artystów także ludzie nauki: począwszy od Fidiasza i Arystotelesa, poprzez Leonardo da Vinci, a na odkrywcach energii atomowej kończąc.

Pamietniki Woznego Cenzury0004

Pamietniki Woznego Cenzury0007

Pamietniki Woznego Cenzury0005

O tak wstydliwych kartach z życia ludzi sławnych nic prawie nie wiemy na skutek autocenzury, której odruchowo podddają się ich biografowie. Robią tak nie z nakazu zewnętrznego, lecz z obawy przed oskarżeniem o bezczeszczenie uznanej powszechnie świętości,a zarazem po to, by nie narazić się innym autorytetom. Obawiają się też zapewne negatywnej konsekwencji, którą mogłoby okazać się pozbawienie młodego pokolenia wzorców  osobowych, którymi już w procesie edukacyjnym (szkoły, wyższe uczelnie) zostało nasycone. Naturalnym zresztą odruchem większości ludzi jest bezkrytyczna czołobitność, a więc przypisywanie każdej wybitnej lub sławnej jednostce wszelkich możliwych cnót i zalet, co w wielu wypadkach prowadzi do wychwalania szat… nagiego w gruncie rzeczy króla.

Z jakiegoś powodu zbliżył się Gąsowski do prawdy komentując przygodę Maurycego Mochnackiego z Wydziałem Cenzury Królestwa Polskiego, bezczeszcząc jednak przy okazji pamięć naszego bohatera narodowego. Maurycy Mochnacki był bowiem nie tylko naszym wielkim pisarzem i krytykiem literackim. Pisze o tym w swej obszernej monografii „Działalność krytyczna Maurycego Mochnackiego” prof. dr hab. Mirosław Strzyżewski. Niech ją sobie „pan Ludomir ze Sztokholmu” przeczyta i spróbuje pojąć różnicę pomiędzy krytyką a paszkwilanctwem. Maurycy Mochnacki był jednak zarazem wielkim patriotą, walczącym przeciw carskiemu okupantowi i przelewającym krew na polach bitew Powstania Listopadowego. Jako wyznawca idei niepodległościowej gotów był oddać życie w walce o naszą wolność, czego dowiódł czynem. Jego przedwczesna śmierć na emigracji w wieku trzydziestu kilku lat spowodowana została ciężkimi ranami odniesionymi w bitwach powstańczych. Gąsowski kwituje to jego bohaterstwo słowami: „zaplątany w jakieś spiski niepodległościowe”.  Warto też pamiętać, że Maurycy Mochnacki był redaktorem „Gazety Polskiej”.

Ów domorosły „historyk” głosi nieprawdę pisząc w art. „Krótko” (NGP nr 6, 2014), że: „Stanisław Staszic, Joachim Lelewel czy Julian Ursyn Niemcewicz (…) z Cenzurą nie mieli nic wspólnego”.  Proszę w to nie wierzyć! Odsyłam tu zainteresowanych do wiarygodnych, czyli naukowych źródeł. Oto co na ten temat pisze historyk Uniwersytetu mikołaja Kopernika w Toruniu dr hab. Bogdan Burdziej we wstępie do opracowanej przez siebie książki Franciszka Łasiewickiego „Pamiętniki Woźnego Cenzury” z 1830 roku:

„Gdybyż tylko swobody druku była Cenzura wrogiem!  W jej macki wpadała nieraz żywa ofiara, czego przykładem najboleśniejszym, bulwersującym dla współczesnych i niejasnym do dzisiaj pozostaje przypadek Maurycego Mochnackiego, który w roku 1827 – wskutek machinacji Szaniawskiego (ks.Franciszek Kalasanty Szaniawski był naczelnikiem Wydziału Cenzury od maja 1822 r. – TS) – dał się wciągnąć do Biura Cenzury. Zatrudniony tam prawdopodobnie w lutym, czynności cenzora wykonywał formalnie do 2 lipca, kiedy to przesłał na ręce naczelnika obszerny list z prośbą o zwolnienie z urzędu.  Wchodząc do biura Cenzury Krajowej […] – pisał – nie mogłem mieć dokładnego wyobrażenia o naturze moich obowiązków. Lecz dwumiesięczny pobyt w tej magistraturze należycie mnie w tym względzie oświecił. Z działań, w których sam miałem udział, poznałem, że te obowiązki nie w całej swojej rozciągłości zgadzają się z moim przekonaniem. […] Dążność Krajowej Cenzury do absolutyzmu i nietolerancji, będącej ogólnym i naturalnym rezultatem umysłowego usposobienia moich kolegów, nie zgadza się z zasadami mojej wiary politycznej i religijnej, którą miałem honor poddać pod rozwagę JW. Radcy Stanu. Zostając dłużej w biurze Cenzury, musiałbym albo niedoskonale zadośćuczynić mojej powinności, a tym samym zdradzić położone w sobie zaufanie, albo też w przeciwnym razie zostać hipokrytą mojego powołania”.

 Pamietniki Woznego Cenzury0008

W świetle badań, co w książce dr Bogdana Burdzieja poparte zostało przebogatą listą odnośników do dokumentów źródłowych, Wydział Cenzury w Królestwie Kongresowym znajdował się pod zwierzchnictwem Juliana Ursyna Niemcewicza jeszcze w 1815 roku. Pracowali w nim także Staszic i poeta Kantorbery Tymowski a propozycję objęcia urzędu przed ks. Szaniawskim odrzucił Kajetan Koźmian. O swej pracy w wileńskim Wydziale Cenzury pisze Lelewel w korespondencji do rodziny (patrz: „Listy. Oddział pierwszy”, t. 1, Poznań 1878. str. 370-371; zob. też: W. Korotyński, „Lelewel cenzorem Mickiewicza”, „Kurier Warszawski” 1922 nr 22. str. 4-6).

Gąsowski przed 1989  słowa „niepodległość” nie używał, podobnie zresztą jak cała wielotysięczna część środowiska emigracyjnego (tzw. „pomarcowców”), z którą się związał, a jeśli już – to szyderczo i w negatywnym kontekście. Po rzekomym „obaleniu komuny” robi to nadal, choć w bardziej zakamuflowanej formie (vide: słowa umiarkowany niepodległościowiec” w rocznicę śmierci wielkiego patrioty Romana Koby). Wykonując to niczym jakieś „zadanie na odcinku”, systematycznie fałszuje historię emigracji polskiej w Szwecji. Konfederacja Polski Niepodległej, której szwedzkie Biuro Informacyjne udało mi się na przekór ogromnym trudnościom prowadzić, była dla nich przysłowiową płachtą na byka. OPON (Ośrodek Polskich Organizacji Niepodległościowych) – najstarszą organizację emigracji niepodległościowej w Szwecji, omijali z daleka, jako gniazdo reakcji, siedlisko ciemniaków i „bogoojczyźnianych” patriotów–oszołomów. Utworzyli sobie nawet alternatywną wobec Rady Uchodźstwa Polskiego w Szwecji – Federację Uchodźstwa Polskiego w Szwecji. Dopiero po Okrągłym Stole, jak kameleony przedzierzgnęli się w „umiarkowanych” patriotów. Znów zaczęli odwiedzać, a nawet garnąć się do naszego ośrodka, by go po paru latach po prostu „przejąć”. Jeszcze do niedawna był pod ich pełną kontrolą. Słowo niepodległość nie tylko przestało być przedmiotem kpin, ale sporadycznie rozkwita w ustach samego Gąssowskiego, najwierniejszego, jak zawsze, poplecznika Koraszewskiego.

Gąsowski udaje jak zwykle greka twierdząc, że nic nie wie o swym wieloletnim gloryfikowaniu członkostwa Andrzeja Koraszewskiego w partii komunistycznej. Na dowód podaję link do opublikowanego wiele lat temu tekstu, w którym wybiela on i wychwala Koraszewskiego nie tylko jako „idealistę” ale – tu cytuję: niesamowitego idealistę”. Oto hipokryzja byłego komunistycznego dziennikarza, który udaje dziś nieprzejednaną wrogość wobec cenzury ale tej właśnie cenzurze oddawał się w służbę w czasach „dyktatury proletariatu”. Proszę zobaczyć na własne oczy i przeczytać:  http://archive.is/0hROG   oraz link do portalu acontrario.pl gdzie przed paroma laty zamieściłem więcej informacji wraz z dokumentami, nie tylko dotyczących zainicjowanej przez A.Koraszewskiego kampani nienawiści przeciwko mnie ale nawet dokumenty demaskujące jego brata, jako agenta SB: https://acontrario.pl/viewtopic.php?f=35&t=249

I jeszcze uwaga końcowa: błędy dotyczące czasokresu mego pobytu w krakowskiej delegaturze GUKPPiW pochodzą nie ode mnie lecz od ludzi, którzy przeprowadzali ze mną wywiady. Zdarzało im się, że podawali czas znacznie dłuższy od faktycznego a czasem krótszy. Błędy te dostrzegałem dopiero po ich opublikowaniu albowiem często nie przedkładano mi ich do autoryzacji. Podaję linki do dwóch tego rodzaju wywiadów. Błędy różnego typu pozostawały nietknięte w stopkach czy nawet w pytaniach. Czasem, jak np. w tym drugim wywiadzie dla portalu braci Karnowskich (wpolityce.pl) próbowałem błędy te prostować w komentarzach:

http://www.old.sdp.pl/rozmowa-dnia-strzyzewski

http://wpolityce.pl/polityka/112512-nasz-wywiad-tomasz-strzyzewski-czlowiek-ktory-ujawnil-kulisy-cenzury-w-prl-dzis-w-polsce-nie-ma-symetrii-medialnej

Tu wspomniane komentarze:

http://wpolityce.pl/forum/polityka/28-dyskusje-pod-publikacjami-dzialu-polityka/tematy/9658-komentarze-publikacji-nasz-wywiad-tomasz-strzyzewski-czlowiek-ktory-ujawnil-kulisy-cenzury-w-prl-dzis-w-polsce-nie-ma-symetrii-medialnej

Tomasz Strzyżewski

Comments are closed.

A sample text widget

Etiam pulvinar consectetur dolor sed malesuada. Ut convallis euismod dolor nec pretium. Nunc ut tristique massa.

Nam sodales mi vitae dolor ullamcorper et vulputate enim accumsan. Morbi orci magna, tincidunt vitae molestie nec, molestie at mi. Nulla nulla lorem, suscipit in posuere in, interdum non magna.