MĘKI TANTALA w NGP

Polskojęzyczna gazetka o nieco uzurpatorsko brzmiącej nazwie „Nowa Gazeta Polska” (podkr.moje TS) – wydawana i redagowana w Sztokholmie przez byłych sługusów peerelowskiej cenzury – po raz kolejny (nr 3 – 09.02.2014) zaatakowała sztokholmski Klub „Gazety Polskiej” oraz mnie osobiście.  Znów zaroiło się w niej od obelg i pomówień, od odpowiednio dobranych a wcześniej z kontekstu wyrwanych cytatów, od wkładanych mi w usta nieprawdziwych lub niepochodzących ode mnie informacji. Typowa cenzorska selekcja – wytrenowana podczas lat pracy w peerelowskiej „fabryce kłamstwa”.

Najczęściej powtarzaną obelgą jest określenie „cenzor” – z doczepianym ostatnio ozdobnikiem „partyjny”. Tak – to ten sam cwaniacki „chwyt” manipulacyjny, co rozlegające się w ulicznym zamieszaniu okrzyki: „łapać złodzieja!”A przy okazji: czyżby partyjny „radca” z GUKPPiW lub partyjny samocenzurujący się dziennikarz w „fabryce kłamstwa” różnili się czymś od „bezpartyjnego”? Jeśli ktoś tego nie wie, to informuję, że odsetek „bezpartyjnych” w środowisku peerelowskich dziennikarzy był zbliżony do odsetka bezpartyjnych „radców” z GUKPPiW. O tę samą bowiem „fabrykę kłamstwa” tu chodzi, w której – zarówno ci pierwsi, jak i drudzy – tej samej komunistycznej cenzurze służyli.

Toteż od  37 lat, niczym jakieś zaklęcia, rzucają pod moim adresem obelgi i inwektywy, czcząc jednocześnie i na piedestały stawiając – nie jakichś tam zwykłych (szeregowych) członków zakładowych POPów lecz – lecz byłych „aparatczyków” kompartii. W przeciwieństwie do zwykłych figurantów byli to etatowi funkcjonariusze PZPR, tkwiący w jej naczelnych organach: Biurze Politycznym KC PZPR, Komitecie Centralnym (KC) tejże czy w jej komitetach niższego szczebla. Tow. Kiszczak to dla nich „człowiek honoru”, tow. Jaruzelski to bohater i zbawiciel Polski, władające postkomunistycznymi mediami „resortowe dzieci”  lub wnuki stalinowców to moralne  i intelektualne autorytety lub „bohaterowie”. Wyzywanie od „cenzorów” kogoś, kto podjął się i przez cały czas (18 miesięcy) pobytu w „jaskini lwa” wykonywał niebezpieczną antycenzorską robotę, jest przejawem zwykłego debilizmu. Warto wiedzieć, że dotkniętych tą przypadłością ludzi jest w Polsce według parametrów krzywej Gaussa („bell curve”) około 2 milionów (w USA ca 20 milionów). Debil, to inaczej mówiąc osobnik o kognitywnej wydolności mózgu nie przekraczającej poziomu 70 IQ.

IQ fördelning0001

Ludomir Gąsowski, mentor praktykanta przezywającego mnie „cenzorem”, wychwala swego przyjaciela Andrzeja Koraszewskiego jako „idealistę”, który zapisać się musiał do partii komunistycznej… ze szlachetnych pobudek. Nie warto tego nawet komentować. Warta zauważenia jest jednak dość fundamentalna różnica pomiędzy tego rodzaju byłymi członkami kompartii („aparatczykami”) a takimi, do których ja się niestety zaliczałem. Ci pierwsi – nie tylko czerpali w czasach komuny wysokie dochody (pensje) ze swej aparatczykowskiej działalności ale w ciągu 25 lat po jej rzekomym upadku kontynuowali dzieło swych rodziców i nadal kontynuują dzieło swych oficerów prowadzących oraz dzieło swych komunistycznych redaktorów, pracodawców i koncesjodawców. Ci drudzy natomiast – zwykli (szeregowi) członkowie nie otrzymywali w czasach PRL żadnego wynagrodzenia za tę (niewątpliwie haniebną choć tylko formalną) przynależność do PZPR – utrzymując się z takiej samej  pracy, co ich bezpartyjni koledzy. No i przede wszystkim czynem potwierdzili, że przystępując w latach 70. i 80. do walki z komuną zerwali z błędami młodości. Wciąż też czynem potwierdzają, że szczerze i bezinteresownie w kontynuację tej walki są zaangażowani.   

To prawda, że z najniższych pobudek uległem kiedyś swoistemu szantażowi sekretarza POP niewielkiego zakładu pracy. Uzależnił on poparcie mojego podania o zgodę na studia dla pracujących od wstąpienia do jego zakładowej komórki partyjnej. Ze złudzeń bowiem co do natury „realnego socjalizmu” ocknąłem się już wcześniej (marzec 1968). Tym bardziej zależało mi na zmyciu hańby wywołanej tym zdecydowanie oportunistycznym postępkiem . Najpierw podjąłem w 1972 roku nieudaną próbę ucieczki na Zachód (odnośne adnotacje widnieją w esbeckich teczkach otrzymanych z IPN po przyznaniu mi statusu pokrzywdzonego). Po raz drugi zaś w 1975 roku – tym razem skutecznie i z pożytkiem dla nas wszystkich – postanowiłem wymierzyć cios w jej cenzorski system. I tego – ku wściekłości peerelowskich dziennikarzy oraz ich reżimowych pracodawców/koncesjodawców – udało mi się dokonać.

Okazja ku temu pojawiła się bowiem w sierpniu tegoż 1975 roku. W wyniku niezwykłego splotu okoliczności trafiłem do urzędu o nieznanej mi wcześniej nazwie, nie zawierającej jakiegokolwiek odniesienia do cenzury. Wyglądało to całkiem inaczej niż np. w Królestwie Polskim, gdzie instytucja ta nosiła oficjalną nazwę „Wydział Cenzury”. Tacy luminarze narodowej kultury jak Maurycy Mochnacki, Staszic, Lelewel czy Ursyn Niemcewicz szli do pracy w tamtym urzędzie ze świadomego wyboru, obejmując w nim nawet kierownicze stanowiska (Lelewel „puścił” w wileńskim urzędzie cenzorskim tom poezji swemu uczniowi Mickiewiczowi). Ja, w przeciwieństwie do nich, nie mogłem wiedzieć, czego dotyczyć miała „kontrola” w tym peerelowskim urzędzie. Wkrótce to zrozumiałem. Stało się to przed upływem 2-tygodniowego okresu próbnego. Z początku nie wykonywałem żadnych merytorycznych obowiązków służbowych. Przesiadywałem na polecenie wice-dyrektor Anny Siwek całymi dniami przy biurku, przyglądając się pracy innego doświadczonego „radcy” oraz zaznajamiając z instrukcjami dot. tajemnicy gospodarczej i wojskowej. Dopiero po 10 dniach wręczono mi do ręki wyjętą z kasy pancernej „Książkę Zapisów i Zaleceń GUKPPiW”. To w niej ujrzałem takie słowa, jak: „cenzorskie”, „cenzorski”, doznając przy tym wstrząsu mnogością oraz rodzajem zatajanych przed Polakami informacji i odkrywając, że oto mam do czynienia z cenzurą przez wielkie „C”. Wtedy podjąłem moją decyzję, wiedząc doskonale, że nikt jej dotąd nie podjął i że mam przed sobą historyczną szansę, by naprawić młodzieńczy błąd i zmazać wywołaną nim hańbę.

Autorzy zniesławiających mnie ataków od blisko już 40. lat usiłują przy ich pomocy odwracać uwagę opinii publicznej od własnej roli w zniewalaniu polskiego narodu. Rolę tę pełnili pracując w peerelowskiej „fabryce kłamstwa”, w  której obowiązywały kryteria cenzury. Nawet teraz, 25 lat po jej rzekomym zniesieniu, pozostają wierni swym komunistycznym pracodawcom i koncesjodawcom, którzy po O.S. przepoczwarzyli się w elity postkomunistyczne.  W ręku tych bowiem elit pozostawione zostały instrumenty Władzy Czwartej, której zadaniem jest wspieranie i utrwalanie wynegocjonowanego przy O.S. postkomunistycznego systemu politycznego. System ten kryje się pod nazwą: „III RP” lub „Republika Okrągłego Stołu”.

W ten tylko sposób mogą tłumić wyrzuty sumienia i chronić się przed pręgierzem opinii publicznej. Gdy przed czterema niemal dekadami opublikowałem w Londynie „Czarną Księgę Cenzury PRL”, fakt ten wstrząsnął środowiskiem dziennikarzy, którzy we wspomnianej „fabryce cenzorskiego kłamstwa” wciąż lub do niedawna (np. A. Grabowska w RWE) byli zatrudnieni. Po kilkumiesięcznej konsternacji wpadli więc na pomysł wykreowania „właściwej” – z punktu widzenia swych interesów – interpretacji mojej demaskacji. Jesienią 1977 roku zlecili zatrudnionemu w angielskim „The Times” Leopoldowi Łabędziowi napisanie i rozpowszechnienie „bajeczki dla grzecznych dzieci o cenzurze PRL” (artykuł L.L. w „The Times”, poniedziałek 26 września 1977 p.t. „Precyzyjnie dostrojony mechanizm, który wybiera co Polacy mogą czytać”). To dlatego od 25 lat trwa w Polsce blokada reedycji „Czarnej księgi Cenzury PRL”.

Główna teza artykułu L. Łabędzia (nota bene: jego żona – „emigrantka pomarcowa” – pracowała w GUKPPiW w 1961 roku) sprowadzała się do wprowadzającego w błąd twierdzenia, że ofiarami cenzury byli nie tylko lub nie tyle obywatele PRL, co przede wszystkim dziennikarze pracujący w reżimowych i w wasalskich mediach. Chodziło o wbicie „ludowi” do głowy, że to wcale nie dziennikarze oraz ich redaktorzy byli tymi, co w pierwszym rzędzie cenzurowali informacje (składające się na kreowany przez nich medialny przekaz) lecz że wyręczali ich w tym „źli cenzorzy” z Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Warszawie. Należało przy tym urząd ten określać ogólnym mianem: „cenzura”.

W rzeczywistości „radcy” tego urzędu – zgodnie z jego nazwą – kontrolowali jedynie jakość stosowanej przez dziennikarzy autocenzury i cenzury redakcyjnej. Usuwali pojawiające się od czasu do czasu w dostarczanych przez redakcje tekstach tzw. „przeoczenia cenzorskie”. Urząd ten był – inaczej mówiąc – stosunkowo niewielkim fragmentem całego zjawiska CENZURY, stanowiąc analogiczną do komórki kontroli jakości w dowolnym zakładzie produkcyjnym część peerelowskiej „fabryki przekazu medialnego”. Cenzura ta uruchamiała się w mediach spontanicznie będąc przejawem wszechobecnego w przyrodzie instynktu samozachowawczego. Zarówno bowiem dziennikarze jak i redaktorzy pragnęli w tej „fabryce cenzorskiego kłamstwa” pracować. Zatrudniając się tam z wolnego i świadomego wyboru, instyktownie zdawali sobie sprawę, że tylko i jedynie nie pisząc, nie mówiąc i nie pokazując tego wszystkiego, co szkodziło lub zaszkodzić mogło ich pracodawcy, cel ten mogli osiągnąć.

Ję tę prawdę ujawniłem, przepisując i opracowując podczas 18 miesięcy spędzonych w GUKPPiW zbiór tajnych dokumentów, by wreszcie po udanej ucieczce na Zachód opublikować je w dwóch tomach „Czarnej Księgi Cenzury PRL”.  Wypełnione tym niebezpiecznym zajęciem i nieznośnie dłużące się miesiące spędziłem w tym urzędzie tylko i wyłącznie dlatego, że pragnąłem przeciwstawić się złu – temu samemu złu, któremu redaktorzy NGP wiernie do końca służyli. Stąd też się wzięła ta ich do mnie nienawiść. I to jest powodem, dla którego z takim zacietrzewieniem starają się mnie dziś zranić, obrzucając epitetem „cenzor”. Czynią tak na przekór absurdalności sytuacyjnej polegającej na tym, że słowo to kierują pod adresem osoby, która zachowywała się i postępowała jak ANTYCENZOR, stając się w konsekwencji demaskatorem komunistycznej cenzury a nie – tak jak oni – jej SŁUGUSEM.

Życzę im dobrego samopoczucia…

Tomasz Strzyżewski

PS – Jakiś oszołomski adept, wtajemniczony przez redaktorów NGP w tajniki sztuki cenzorskiej, pojawił się w tymże numerze NGP jako idealna egzemplifikacja wyników badań OECD na temat tzw. „analfabetyzmu funkcjonalnego”. Osobnik ów cytuje te wyniki, jakby pochodziły ode mnie. Gdy już jednak rzeczywiście przytacza moje słowa, to kompletnie nie rozumiejąc ich sensu ogłasza triumfalnie (tłusty druk) idiotyczny wręcz wniosek.

O tym, że debata publiczna poświęcona antydemokratycznemu odddziaływaniu ośrodka Władzy Czwartej (Mediów) na „realną demokrację” trwa już w krajach tradycyjnego Zachodu od conajmniej kilku dekad, osobnik ów nie ma najwyraźniej pojęcia. Nie zetknął się też  zapewne z dorobkiem publicystyczno-badawczym prof. Noama Chomsky’ego i z jego książką „Makt, lögner och motstånd”, ani też z książką Roberta W. McChesneya „All makt åt medierna eller ge folk vad folk vill ha?”. Znana szwedzka publicystka, specjalizująca się w tej samej problematyce Maria Pia Boethius też nie jest mu najpewniej znana.

Polecam temu „przybyszowi z księżyca” wypowiedź największego bodaj idola jego mentorów z NGP – Tomasza Lisa. Oto jego słowa: „Ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje. Są dużo głupsi!”.  Słowom tego „resortowego dziecka” nie brak być może sensu – tyle tylko, że on i pozostali manipulatorzy medialni wykorzystują tę prawdę w celach nikczemnych. Złem moralnym jest bowiem zniewalanie swych bliźnich, w szczególności najbardziej wśród nich bezbronnych, poprzez wprowadzanie ich w błąd. Zniewalająca moc Kłamstwa (w tym też „kłamstwa cenzorskiego” składającego się z „prawd cząstkowych”) – w odróżnieniu od  wyzwalającej mocy Prawdy – polega przecież na tym, że człowiek wprowadzony w błąd postępuje (dokonuje wyborów, podejmuje decyzje) zgodnie z WOLĄ tego, kto go wprowadza w błąd.

Podaję link do internetowego nagrania (youtube) tej jego publicznej wypowiedzi:

http://www.youtube.com/watch?v=vodTM9AePCE

oraz jak LisDurczok popisują się „kulturom osobistom” – klnąc po knajacku w  swej „resortowej” telewizji: 

http://www.youtube.com/watch?v=WVzoocILgz4

http://www.youtube.com/watch?v=XEWd38_HBjQ

Zachęcam też do lektury książki pewnego szwedzkiego profesora. Oto jej okładki z fotografią autora:

Adler-Karlsson Gunnar_Superhjärnornas kamp_0002Adler-Karlsson Gunnar_Superhjärnornas kamp_0001

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Comments are closed.

A sample text widget

Etiam pulvinar consectetur dolor sed malesuada. Ut convallis euismod dolor nec pretium. Nunc ut tristique massa.

Nam sodales mi vitae dolor ullamcorper et vulputate enim accumsan. Morbi orci magna, tincidunt vitae molestie nec, molestie at mi. Nulla nulla lorem, suscipit in posuere in, interdum non magna.